Leo ma szesnaście lat, starszego brata Roberta, mamę w klinice dla osób w śpiączce i nadzwyczajne ciągoty do soli. Słone kryształki, które szybko rozpuszczają się na języku, przynoszą jej ulgę w nerwowych sytuacjach. Ale morze też jest słone. Gdy Leo wychodzi z wody, niepostrzeżenie muska językiem mokre ramiona, udając, że tylko odpoczywa na piasku. To, że akurat tego lata znalazła się nad Bałtykiem, nie jest przypadkiem – uczący się w technikum hotelarskim Robert otrzymał propozycję odbycia letnich praktyk w hotelu „Bursztyn” należącym do rodziny swojego dawnego przyjaciela. Filip wyłowił ogłoszenie chłopaka na branżowej grupie i skorzystał z okazji, żeby wznowić kontakt zarówno z Robertem, jak i z Leo. Nastolatka pewnie nie pojechałaby, gdyby mama nie spała, gdyby mieli tatę, gdyby Robert nie był jej tymczasowym opiekunem prawnym... Jednak odbywa tę podróż i planuje spędzić następne tygodnie, czerpiąc całymi garściami z towarzystwa morza, którego dawno nie widziała. Okładka książki ...
Stworzenie nienużącej historii o dziewięciolatce zagubionej w lesie, dziewięciolatce będącej jedyną bohaterką tej historii, to wyzwanie, któremu mógł sprostać właśnie Stephen King. A tak się składa, że „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” to niesamowicie wciągająca i trzymająca w napięciu książka, od jakiej naprawdę trudno było mi się oderwać. Nie jest zbytnio rozwleczona – ma jedynie 256 stron – i ciekawie przedstawia wytrwałość zlęknionego dziecka przemierzającego całe kilometry leśnych terenów. Trisha przypadkiem oddala się na wycieczce od szlaku, od kłócących się matki oraz starszego brata. Dziewczynka nurkuje w poszyciu leśnym, żeby się załatwić, a chwilę później odkrywa, że straciła orientację w terenie. Przy sobie ma bluzę, plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy, na głowie czapkę z autografem baseballisty Toma Gordona. Plecak nie pęka w szwach od zapasów, znajduje się tam prowiant na jeden dzień wycieczki (kanapka z tuńczykiem, jajko w skorupce ugotowane na twardo, parę łodyżek...